RSS

Nasz Patron

Patron Szkoły Podstawowej w Tołczach to Leonard Prystrom.

skanuj0006 Leonard Prystrom urodził się 2 maja 1908 roku w Kibartach (obecnie Litwa). Po odzyskaniu niepodległości rodzina przyjechała w 1920 roku do Polski. Leonard po ukończeniu Seminarium Nauczycielskiego pracował wraz z żoną w szkołach w Turośni Dolnej, Kuczynie oraz Tołczach. W Tołczach bedą kierownikiem szkoły (1935-1938) wybudował nowy budynek szkoły. W sierpniu 1939 roku został zmobilizowany do pułku piechoty w Ostrów Komorowie – brał udział w walkach z Niemcami w okolicach Mławy i w Modlinie, gdzie został ranny. Ze szpitalem wojskowym został ewakuowany do obozu w Starobielsku. W dniu 22 kwietnia 1940 roku został wywieziony z obozu (jak podaje „Lista Katyńska”) i następnego dnia zamordowany w Charkowie.

 

      „Niezapomniane istnieje mniej;

                                                                           z czasem w ogóle przestaje istnieć.

                                                                            Mija wraz pamięcią.”

                                                                                      Dyrekcja

                                                                             Szkoły Podstawowej

                                                                                   w  Tołczach

 

 

                       Nazywam się Alicja Prystrom z d. Szydłowska. Moja Mama Eugenia Prystrom Szydłowska – często opowiadała o swoich rodzicach i rodzeństwie. Z wielką tkliwością wspominała lata dziecięce i swój „Dom”.

                      Na podstawie  tych opowiadań wybrałam fragmenty z życia rodziny w jakiej wychowywał się Leonard. Chwała jego rodzicom za to, że wychowali go na wspaniałego człowieka.

                      Mój wujek Leonard przed wojną 1939 r. wybudował szkołę w Tołczach i tam jakiś czas uczył. W roku 1964 ( 1993 – poprawka dyrektora) szkołę w Tołczach nazwano jego imieniem. Leonard Prystrom został zamordowany w 1940 r. w Zw. Radzieckim w Starobielsku. Dyrekcja Szkoły w rocznicę tragicznej śmierci organizuje przygotowaną przez pedagogów i młodzież akademię na której obecna jest rodzina patrona i zaproszeni goście. Przed piękną nową szkołą na zadbanym terenie znajduje się duży kamień poświęcony bohaterowi – nauczycielowi Leonardowi PRYSTROM. Rosną tu kwiaty i palą się znicze.

                    Chciałabym serdecznie podziękować wszystkim pedagogom, uczniom i ludziom, którzy starają się aby pamięć o moim wujku, bracie mojej MAMY przetrwała jak najdłużej.

 

Alicja Prystrom

                                                                                                         „Atmosfera,

                                                                                                        w której człowiek spędza

                                                                                                        dzieciństwo swe,

                                                                                                         niewidomym strumieniem

                                                                                                         przenika

                                                                                                         całą przyszłość jego”

                                                                                                                E. Orzeszkowa

    Opowiadanie siostry Leonarda Eugenii Prystrom-Szydłowskiej

Wierzbołowo

 

                Wszystkie smaki poznajemy w dzieciństwie. Potem tylko szukamy podobnych. Dzieciństwo to takie wieczne źródło, do którego odwołujemy się przez całe życie.

                Leonard – mój brat urodził się 1 V 1908 r. w  Wierzbołowie  na  Litwie. [1] Dlaczego nasza rodzina znalazła się w tylu miasteczkach.

                Nasza Babcia Teofila przyjechała tu z Suwalszczyzny wraz z mężem lekarzem Józefem Czybińskim. Wkrótce urodziło im się troje dzieci. Dwie córki Kazimiera, Helena (matka Leonarda) i synek Józio, który w wieku trzech lat zmarł na panującą wówczas hiszpankę. Choroba ta od 50 do 100 mil. ofiar na całym świecie pochłonęła. Doktor nie mógł pogodzić się z tą stratą. Cały swój czas poświęcał pacjentom w szpitalu. Wyczerpany fizycznie i psychicznie zaraził się groźną chorobą i zmarł. Dziadek miał bogatą siostrę Karolinę, która wraz z mężem kapitanem statku mieszkała blisko Wierzbołowo w majątku „Jurborg”. Małżeństwo było bardzo szczęśliwe, ale bezdzietne i dlatego Karolina po śmierci brata chciała zabrać do siebie jego rodzinę i zapewnić jej dostatnie życie. Babcia nie skorzystała z tej propozycji. Była gorliwą katoliczką i miała żal do Karoliny, że poślubiła człowieka innej wiary. Babcia podjęła pracę w Izbie Celnej w miasteczku Ejtkun  na granicy Litwy i Prus blisko Wierzbołowa. Zarabiała tam dobrze i rodzina nie cierpiała niedostatku. Czas mijał i córki Babci dorosły. Różniły się urodą i charakterem. Kazia była drobna, szczupła, lubiła różne domowe zajęcia i bardzo lubiła dzieci, ale swoich nie miała. Ukochanym jej siostrzeńcem był „Lonek”. Do śmierci myślała, że jeszcze go zobaczy. Druga córka Babci, Helena – matka Leonarda – była wysoka, ładna. Bardzo lubiła pływać, jeździła na łyżwach, rzeźbiła, malowała i pięknie śpiewała. Talent malarski po swojej Mamie odziedziczył Leonard i córka Lidia. Ponieważ zbliżało się święto w Rosji – 300 lecie Romanowów. Uroczystość miała się odbyć z tej okazji w cerkwi. Pop prosił Helenę aby zaśpiewała s o l o wybraną przez niego pieśń. Babcia Teofila nie wyraziła na to zgody, ale musiała przenieść córkę z rosyjskiej szkoły do niemieckiej.

                  Pewnego dnia Helena zdradziła tajemnicę swojej siostrze Kazi, że poznała młodego, przystojnego ułana, późniejszego ojca Leonarda. W Wierzbołowie stacjonował PUŁK CARSKICH DRAGONÓW w którym służył ANTONI PRYSTROM syn Wincentego i Antoniny z domu BAUTRELL – pochodzili ze Szwecji. DRAGONIA od połowy XVIII w przekształcona została w kawalerię. Atrakcyjny dragon poznał piękną Helenę w bibliotece. Młodzi od „pierwszego spojrzenia” przypadli sobie do gustu. Wspaniale ubrany dragon zaczął często odwiedzać dom PANI CZYBIŃSKIEJ. Przyjeżdżał od czasu do czasu konno prezentując swego ulubionego wierzchowca. Pani Teofila polubiła grzecznego, skromnego młodzieńca ubiegającego się „o rękę” jej córki Heleny i wyraziła zgodę na ślub. Młodzi w 1900 r. stanęli na ślubnym kobiercu. Uroczystość była bogata. Mama (Leonarda) ubrana w piękną koronkową suknię z długim trenem. Długie, ciemne włosy były udekorowane kwiatami i okrywały ramiona i plecy. Pan młody w galowym stroju dragońskim w obstawie „braci wojskowych”. Młodzi do kościoła jechali w szklanej karecie. Młoda para zamieszkała razem ze swoją mamą oraz z siostrą Kazimierą. Ponieważ ANTONI PRYSTROM był bardzo dobrym dragonem przełożeni zadecydowali, że pojedzie do Szkoły Oficerskiej Jazdy Konnej na wyższe szkolenie.

                 Na to nie zgodziła się teściowa. Zdyscyplinowany dragon   i posłuszny zięć musiał wystąpić z wojska, bo było to jedyne wyjście. Mój ojciec zmienił piękny mundur wojskowy, na ładny w tamtych czasach strój kolejowy. Został Naczelnikiem Ekspedycji w Wierzbołowie. Teraz chodził do pracy z wąsem pod nosem w czarnym meloniku na głowie, z czarną laseczką, w białym garniturze ze specjalnymi guzikami.

                Życie w domu płynęło spokojnie w dostatku i wspólnym porozumieniu. Niestety naszą rodzinę dotknęła boleśnie śmierć Babci Teofili. Pogrzeb Babci był manifestacją. Żegnały ją tłumy ludzi z Wierzbołowa i miasteczka Ejtkun.  Była znana jako wielka patriotka nazywana „Gordyja Polka”. W dniach pogrzebu ludzie składali wiązanki biało-czerwone i piękne wieńce z szarfami w kolorach narodowych, a Polski przecież nie było, rządził car.

               Wkrótce po śmierci Babci rodzina nasza zamieszkała w innym ładnym domu, który położony był w dużym ogrodzie. Mieszkanie było bardzo wygodne 5-cio pokojowe. Na wiosnę ojciec Leonarda ogromny miłośnik kwiatów zasadził dużo róż, a MAMA swoje ulubione kwiatki: niezapominajki, stokrotki, konwalie, maciejkę. Mama wykazała swoje zdolności i wyrzeźbiła dużą głowę konia, która stała w ogrodzie na specjalnym postumencie. Sąsiedzi podziwiali dekorację i wykonawczynię, która codziennie rano wychodziła do ogrodu na spacer by podziwiać przyrodę. Była romantyczką, ale miała skrytą naturę. Zawsze poważna, małomówna. Prawdziwa dama i taka była do śmierci. Nie złamał jej 5 letni pobyt na Syberii gdzie w 1940 r. została wywieziona z rodziną. Mój ojciec bardzo kochał moją mamę Helenę i tak ją zawsze nazywał. Chciał aby była uśmiechnięta i pięknie ubrana.

             Mijały lata. W Wierzbołowie rodziły się dzieci:

Bolesław        1902 r.

Stanisław       1903

Eugenia          1905

L e o n a r d    1908

Sabina            1900

              Wierzbołowo było bardzo ładnym, czystym miasteczkiem. Znajdował się tu dworzec kolejowy pod szklanym dachem. W mieście było dużo pięknych domków położonych w ukwieconych ogrodach. Pod specjalnym zadaszeniem okolonym Zielenią i kwiatami grała dęta orkiestra. Dookoła rozciągał się park, wesoło, przyjemnie i miło spędzaliśmy tu czas. Dobrze nam się mieszkało w Wierzbołowie. Mieliśmy liczne grono znajomych, kuzynów. Składaliśmy sobie często wzajemne wizyty. Dzieci zawsze otrzymywały różne prezenty. Ciocia Kazia  i  MAMA bardzo często robiły zakupy na granicy w Niemczech gdyż było tam o wiele taniej, a można było tam kupić wszystko co „dusza zapragnie”.

               Wszyscy w rodzinie znali dobrze trzy obce języki: niemiecki, litewski, rosyjski. Ciocia Kazia pracowała teraz w Izbie Celnej tak jak jej kiedyś MAMA. Dobrze zarabiała, a ponieważ nie miała swoich dzieci, spełniała nasze różne zachcianki dotyczące zakupów: ładnych ubrań, zabawek, słodyczy, itp. Ciocia  Kazia  – została w pamięci jako „BABCIA BAJCZARKA”. Wszystkim dzieciom, których pilnowała opowiadała do snu różne bajki przeważnie wymyślone przez siebie.

Wilno

ukochane miasto

                 W roku 1911 naszego ojca przeniesiono służbowo do pracy na to samo stanowisko do Wilna. Zamieszkaliśmy na ulicy RADUŃSKIEJ w prywatnej kamienicy. Mieszkanie było bardzo duże z wysokimi pokojami. Helena była zadowolona z dobrego życia jakie miała. Do pomocy w domu była zatrudniona kobieta. Dziećmi zajmowała się KAZIA. MAMA dużo czytała, rzeźbiła i zarządzała domem. Zawsze była ładnie i modnie ubrana. Nosiła długie suknie, kostiumy, długie peleryny, płaszcze. Suknie uszyte były z różnych materiałów i miały różne fasony. Pantofle, albo buciki obowiązkowo na wysokich obcasach różnie zapinane albo sznurowane. Moja Mama do śmierci nosiła pantofle na wysokich obcasach. W tych czasach nie było do pomyślenia aby Mama wyszła na ulicę z gołą głową. Okrycia głowy były różne. Filcowe, welurowe, pilśniowe, słomkowe, koronkowe. Przy kapeluszach były różne dekoracje: kwiaty, owoce, rośliny, ptaki. Pięknym nakryciem głowy był czarujący, oryginalny kapelusz z jaskółką.

                 Nasz TATA bardzo lubił spacery i chętnie oprowadzał dzieci po parkach, ogrodach i krętych uliczkach Wilna, które było jego ukochanym miastem do śmierci. Na Syberii często wracał w marzeniach do tego miasta. Wspominał wspólne rodzinne majówki na które chodziło się do lasu na „BURBISZKI”. Słuchało się orkiestry nad brzegiem Wilii po której niosły się piękne sentymentalne tony różnych instrumentów dętych. Teraz tu na Syberii słuchał głośnych „czastuszek”. Tatuś czuwał nad nauką. Od małego dziecka uczył nas pisania w specjalnych zeszytach kaligraficznych. Dlatego każde z nas ładnie pisało.

Petersburg

 

                 W 1914 r. TATA znowu został przeniesiony służbowo  do pracy tym razem do pięknego dużego miasta siedziby CARÓW. Musieliśmy wyjechać z miłego kochanego Wilna. Wkrótce po naszym przyjeździe do  Petersburga  TATUŚ zachorował poważnie na zapalenie płuc. Leczył go wojskowy doktór EFROS i jego bardzo miła żona Olga – dobrzy specjaliści. Małżeństwo czuwało na zmianę przy chorym cały dzień i noc. Po kilku dniach minął kryzys i pacjent wracał do zdrowia. Niestety ta groźna choroba dopadła go znowu na Syberii. Tam nie było już ratunku. Zmarł 13.02.1942 r., a tak pragnął wrócić do Polski. Był wielkim patriotą.

                 W  Petersburgu  kursowały po ulicach tak zwane „Konki”. Był to pojazd podobny do tramwaju zaprzężony w konie. Pojazd miał ładny sygnał, przy wsiadaniu i wysiadaniu dzwoniły melodyjne dzwonki. Na ulicach było zawsze gwarnie, rojnie, kolorowo. Chętnie chodziliśmy i zwiedzaliśmy zabytki, ogrody, parki. Spacery nad Newą były wyjątkowo romantyczne. Czekaliśmy na „Białe Noce”. Życie nie tylko składało się z rozrywek. Trzeba było pomyśleć o szkole. Moi bracia uczęszczali do szkół gdzie obowiązywały uniformy. Bardzo ładnie wyglądali w tych strojach. Tatuś wybrał piękną szkołę zlokalizowaną blisko naszego domu do której zaczęłam uczęszczać. Byłam zadowolona z tej szkoły, ale często myślałam o tej w Wilnie. W szkole klasy były duże z ładnym wyposażeniem. Chętnie chodziłam do szkoły. Brałam udział w szkolnym teatrzyku. Recytowałam, śpiewałam, tańczyłam. Nasza kadra nauczycielska byli to ludzie o wielkiej etyce moralnej, wysoko kwalifikowani, wybrani, wyglądali dostojnie, elegancko ubrani. Byli obdarowywani wielkim szacunkiem. Młodzież była bardzo zdyscyplinowana, dobrze ułożona, nasi rodzice nie pozwalali nam też na żadne „wybryki”. W naszym życiu panował spokój i pewien „ład”.

                 Mój ojciec zawsze  pragnął mieć własny dom i po pewnym czasie kupił w pięknej miejscowości Ligowo blisko Petersburga dom z ogrodem. Był to dom naszych marzeń, a ja do końca życia nazywałam tę miejscowość i ten dom „DAR nieba”. Dom był duży biało-zielony, drewniany, parterowy. Tarasami schodziło się w dół do ogrodu. Obok posesji przepływała mała rzeczka. Królowała wszędzie zieleń. Mama była szczęśliwa. To był nasz raj, ale trwało to krótko. W Rosji zaczęło się dziać coraz gorzej, niespokojnie. Coś groźnego wisiało nad krajem. Zmuszeni byliśmy opuścić Ligowo. Z płaczem opuszczaliśmy ten piękny, spokojny zakątek i wyjechaliśmy w nieznane. Wszystko co było dobre, piękne, białe, zielone, spokojne odchodziło aby zamienić ziemię w piekło i zabarwić na kolor czerwony. Nasze kochane Ligowo teraz jest dzielnicą Petersburga. Zastanawiam się czy moje dzieci, wnuki i bliscy kiedyś zwiedzając Petersburg odnalazłyby „DAR nieba”.

                                                                                                    Opowiadała Eugenia

                                                                                               siostra Leonarda Prystroma

                Jak już wspomniałam na wstępie są to wyjątki opowiadania mojej MAMY – Eugenii. Ukazałam tu lata młodości z czasów zamieszkania moich „Dziadków” w ulubionym Wierzbołowie i ukochanym Wilnie. Dalsze losy rodziny były różne, ale na pewno Ligowo było ostatnim „etapem” szczęścia.

                Po latach okrutna wojna w 1939 r. rozłączyła ukochanego syna z jego ukochanymi rodzicami na zawsze. Ojciec i syn spoczywają na dwóch krańcach „Nieludzkiej Ziemi”.

 

 

 

                                                                                             Alicja Prystrom

 

Białystok, dn.17 X 2013  

 

 

 

 

 

 

            Składam serdeczne podziękowania Pani Alicji Prystrom za przekazanie nam tak cennych wspomnień rodzinnych i wyrażenie zgody na ich publikację na stronie internetowej szkoły. Jestem pod ogromnym wrażeniem tej lektury. Wspomnienia znacznie wzbogacają wiedzę o życiu naszego Patrona Leonarda Prystroma i Jego Rodziny.

Dyr. Anna Łupińska


[1] Wg dokumentów posiadanych przez szkołę  Leonard urodził się 2 V  w Kibartach.

Moje wspomnienia z lat 1940 – 1946

Deportacja

Jest noc 13 kwietnia 1940 roku – godzina 015.

Spałam w mniejszym pokoju z mamą, w tym samym pokoju obok spał mój tatuś. Okiennice były zamknięte. W pewnej chwili usłyszałam wyraźnie, że pod oknem śnieg skrzypi i ktoś cichutko chodzi pod oknami. Wyraźnie słyszałam rozmowę i byłam pewna, że było kilka osób. Pomyślałam sobie, że ktoś otoczył nasz dom – tylko co to jest? Za chwilę już kilka osób stukało do drzwi i głośno krzyczało po rosyjsku: „Atkrojcie drzwiery, oddawajcie arużjo i ruki w wierch”. Wpadli do mieszkania i od razu zaczęli szukać broni. Grzebali wszędzie po szafkach, popielnikach, przewodach kuchennych i gdzie tylko się dało. Była to dokładna rewizja całego mieszkania. W kuchni stał tapczan, na którym spał mój brat Alek razem z siostrzeńcem Gienkiem. Szwagier Witek (ojciec Gienka zatrzymał się u nas na jedną noc, bo już wtedy mieszkali na wsi Zofiówka u mojej siostry Sabiny) spał w dużym pokoju na kanapie. Ja leżałam w sypialni i nie wstałam, nawet jak usłyszałam te krzyki. Byłam chora na miedniczki nerkowe, miałam temperaturę i nie chodziłam do szkoły. Byłam wtedy w 10-tej klasie Gimnazjum Sienkiewicza – wtedy była to 10-cio latka.

Leżąc słyszę jak grzebią w kredensie, gdzie były naczynia, szkło. Ciągle szukają broni. Naczynia biją się, ale oni na to nie zwracają uwagi. Słyszę, że dają nam 20 minut do spakowania się. Nic nie mówią gdzie nas zabierają. Za chwilę do mego pokoju wchodzi oficer NKWD. Zauważyłam na jego czole dużą bliznę. Był nawet miły i grzecznie zwrócił się do mnie, abym się ubierała. Ja 16 letnia dziewczyna byłam w koszulce (różowej – trykotowej), wstydziłam się wstawać z łóżka przy obcym mężczyźnie. Zapytałam czy ja muszę wstać, czy to jest konieczne, bo jestem chora, mam temperaturę. Odpowiedział mi: „Da – konieczno, pieresielejem was w druguju obłość”.

Przestraszyłam się okropnie – po tych jego słowach, bo pomyślałam, że wywiozą nas na Polesie. Martwiłam się o to, że wypożyczone mam książki z bibliotek, że stracę rok szkolny. Ten oficer patrzył na mnie dobrotliwym okiem i powiedział: „Dziewuszka odziewajcieś pociepleje, tak kak ja, nadziejcie sapagi padlinieje – ili pimy – tak kak ja”. Zauważyłam na jego twarzy litość – widziałam, że żałuje mnie. Może miał też córkę w moim wieku gdyż był to z wyglądu 40-to letni człowiek. Wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyjęłam palto zimowe i nałożyłam na koszulę nocną. Pomału zaczęłam się ubierać mając na wierzchu palto. Oficer w tym czasie odrzucił pościel, bagnetem przekroił siennik na jednym i drugim łóżku i wywracał zawartość sienników, watę i floksy. Widzę to jak dziś, te spadające „różności” na podłogę. Następnie podszedł do komody, nad którą wisiał obraz ogromny modlącego się Pana Jezusa w Ogrójcu Oliwnym. Przed tym obrazem, jak moja pamięć sięga, paliła się zawsze lampka oliwna. Modliliśmy się całą rodziną przed tym obrazem. Tego przestrzegał mój ojciec. Patrzyłam teraz na ten obraz z wielkim bólem, strachem. Oficer z komody wysunął wszystkie szuflady i wyrzucał zawartość tych szuflad. Już ubrana wyszłam do kuchni, a za mną szedł oficer NKWD. Pilnowali nas na każdym kroku. To był szok. Przechodząc przez pokój do kuchni, zobaczyłam stertę pobitych naczyń, szkła, porozwalana pościelowa bielizna i różne drobiazgi, które moja mama tak pieczołowicie zbierała. Byłam przerażona tym widokiem. Było to pobojowisko straszne. Po chwili oficer zasiadł koło stołu w kuchni i rozłożył ogromną książkę. Stanęliśmy wszyscy wokół stołu, a oficer wypytywał nas o nasze rodziny. Obok stali żołnierze sowieccy. Jeden w mundurze szarym w czapce z gwiazdą. Miał na plecach karabin z bagnetem. Dwóch było w mundurach czarnych z naszywkami. Byli to chyba kolejarze. Był jeszcze jeden oficer. Razem było ich 5-ro. W tej rozłożonej księdze na stole były widoczne nazwiska. Stałam blisko, że wszystko widziałam, a czytać po rosyjsku umiałam (znałam ten język, bo się uczyłam). Na pierwszej stronie od góry było nazwisko i imię: Prystrom Leonard i wymieniona cała jego rodzina. Oficer NKWD zwrócił się z zapytaniem do mego ojca: „Jak nazywa się najstarszy syn Leonarda” i patrzy dokładnie w książkę. Na to mój ojciec odpowiedział, że na imię ma Georgii. Oficer wściekły mówi: „Czto wrocie – jego nazywają Jerzy”. Na to ojciec odpowiedział: „No tak, to w języku polskim a Giergii po rosyjsku”. Patrzyłam na swego ojca zrozpaczona. Był przerażony, ręce mu się trzęsły, twarz miał ziemisto-szarą, był kompletnie załamany. Ogromnie go żałowałam i cichutko płakałam. Podszedł do mnie ten drugi oficer i powiedział. „Nie płacz dziewczynkotylko zabieraj co tylko możesz. Bierz te suchary co stoją (było dwa worki stojących na widoku sucharów), bo wam się one bardzo w drodze przydadzą”. Oficer NKWD z blizną nadal wypytywał o rodzinę. Następnie zapytał Witka (szwagra), co tu robi i jaki jego stopień wojskowy, bo Witek był w wojskowym ubraniu, ale bez żadnych dystynkcji. Witek odpowiedział, że: „radowoj” czyli żołnierz. Zapytał oficera, czy musi razem jechać, na to on powiedział, że tak. Następnie zamknął książkę i skończyło się wypytywanie o rodzinie. Wyciągnął już przygotowany druk, na którym zaczął wpisywać meble jakie znajdowały się w mieszkaniu. Potem kazał ten druk podpisać ojcu. Pewnym tonem oznajmił, że pieniądze za te meble i mieszkanie prześlą do tej miejscowości, gdzie was zawiozą i gdzie będziecie mieszkać. Oczywiście było to wielkie kłamstwo, o czem już wtedy byliśmy przeświadczeni, jak i również o tym jak potworny czeka nas los.. Przeczuwaliśmy dużo złego i dużo niewiadomego – tylko dlaczego tak potworna jest ta cała polityka, ale dokładnie dowiedzieliśmy się jeszcze w następnych wszystkich latach jakie trzeba było nam tam przeżyć. NKWD – oficer z blizną odezwał się jeszcze raz: dajemy wam 20-cia minut do spakowania „tak kak na daczu” powiedział kpiącym tonem. Po spakowaniu się zaczęliśmy pomału wychodzić. Nasza sąsiadka pani Moro wraz c córkami dorosłymi (naszymi Alka i moimi koleżankami) Jadzią i Jasią – żegnały nas z płaczem. Zdruzgotani całkowicie opuszczaliśmy nasze mieszkanie, w którym przyjemnie nam się żyło. Wyszliśmy na ganek. Patrzyłam z płaczem na ciemno niebo i mroźną noc. Śnieżek prószył, a był to już przecież kwiecień. Przy bramce zauważyliśmy stojący samochód – czekał już na naszą rodzinę. W pośpiechu i w ogromnym napięciu nerwowym zapomnieliśmy ogromny pakunek zawinięty w kilim. Ta paczka bardzo by nam się przydała, ponieważ były tam nasze ubrania. Oczywiście jedzenia nie mieliśmy, oprócz sucharów, bo wiadomo panował wtedy głód. Wszyscy wojskowi jechali razem z nami samochodami. Przejechaliśmy ulicę Bema i zastanawiałam się gdzie nas wiozą. Za chwilę zorientowałam się, że jedziemy w stronę kolei kiedy minęliśmy ulicę Południową (teraz Kopernika). Przejechaliśmy jeden tunel, a przed drugim samochód zaczął wjeżdżać pod górę na tory kolejowe. Zobaczyłam długi transport wagonów towarowych z brekami, gdzie stali uzbrojeni sowieccy żołnierze. Wagonów tych było ponad 40-ci, dokładnie trudno było zliczyć. Następnie kazali nam wysiadać z samochodu do wagonu. Weszliśmy do wagonu. Zobaczyłam wiszącą latarnię, w której była tląca się świeca, innego oświetlenia nie było. W świetle tym zobaczyłam podwójne nary po jednej i drugiej stronie wagonu. Pomieszczenie było bez ubikacji, a nawet jakiejś dziury. W wagonie było już kilka rodzin. Dobrze pamiętam te nazwiska i te twarze zgnębione. Postaram się wymienić te wszystkie osoby, które miały dzielić dolę i niedolę we wspólnej naszej wędrówce nie wiadomo gdzie. I nie wiadomo dlaczego?

Rodzina Krawczuk: matka Helena

                                   syn Jan lat 16

                                   syn Tadeusz lat 15

                                   syn Jerzy lat 10

                                   córka Maria lat 4

Rodzina Wojciechowskich: matka Janina lat 38

                                               córka Alicja lat 10

Rodzina Grygorczuk: matka Maria

                                      syn Kazik lat 16

                                      syn Heniek lat 14

Rodzina Kiljanków: matka Leokadia

                                   syn Waldemar lat

                                   córka Renata lat

Rodzina żydowska Kapłan: matka stara kobieta

                                               córka Ina z małą córeczką 9 mies. Podgrzewała jej mleko                                             (miała w proszku) na płomieniu od świecy.

Rodzina żydowska – stara kobieta pani Szlachter

Rodzina Mironowicz: matka Maria

                                     córka Czesława lat 20

Rodzina Szubzda: matka Helena

                               córka Halina lat 6

                               synek Maciek lat 3

Rodzina Szarapo Żyda fabrykanta – F-ka oliwy

                              pani Szarapo imienia nie pamiętam

                              córka Ita lat 11

                              syn Haimek lat 15 Był bardzo chory na zapalenie płuc. Miał wysoką temperaturę. Pomocy udzielili mu już za granicą. Jakoś wyszedł z tego. Była to bardzo miła, kulturalna rodzina. Siedzieli bardzo cicho w dolnej części prymitywnych narów.

Nasza rodzina Prystrom: ojciec Antoni lat 66

                                         matka Helena lat 62

                                         brat Alek lat 17

                                         ja – Lidia lat 16

Zobaczyłam jeszcze samotnego starszego pana około lat 40-tu, ładnie ubranego. Nazywał się Leonid Sadownikow. Ten  pan był bogatym człowiekiem, z zawodu inżynier – geodeta. Był z  pochodzenia Rosjaninem pochodzącym z Gomla. Ojciec mój serdecznie z nim się przywitał i zapytał: „A pan co tu robi” – na co ten mu odpowiedział, że wywożą go z uwagi na siostrę i jej męża, który był rotmistrzem 42 Pułku. Sadownikow kiedyś przed Bolszewikami uciekł z Rosji do Polski.

             Siedzimy i poznajemy się wszyscy, opowiadamy o sobie. Pani Krawczuk Helena co chwilę wali w drzwi i krzyczy, aby otworzono bo dziecko chce się załatwić. Pani Szubzda to samo i wszyscy domagamy się, aby otworzono wagon, bo przecież nie ma gdzie się załatwić. Żołnierze otwierają co jakiś czas drzwi, a my wychodzimy i załatwiamy się pod wagonami. Wozili ludzi całą noc, a my słyszymy rozmowy tragiczne i płacz. Pod wagony jakimś sposobem dostawali się ludzie, rodziny wywożonych przynosili jedzenie, picie, paczki z ubraniem. Żołnierze nie pozwalali, ale nie mogli tego opanować, i często udawali, że nie widzą, a ludzie wykorzystywali taką sytuację. To były straszne chwile. Rozlegał się płacz i śpiew i modlitwy.

              Zaczęło świtać – była chyba godzina 6-ta nad ranem. Nagle otwierają się drzwi naszego wagonu. W drzwiach ukazuje się ten sam oficer NKWD z blizną na czole, który był u nas w domu i nas deportował. Zwraca się do Lewitów patrząc na mnie i mówi „Wot, zdzieś jest wasza radnia – ja uznał po etu dziewuszkie” i pokazał na mnie. Zobaczyłam rodzinę państwa Lewito. Pani Lewito Maria była bardzo zapłakana i mówiła tylko o swojej córce Wali – żonie Leonarda Prystrom. Bała się o nią bardzo. Na szczęście, jak się okazało potem – Wali z rodziną nie wywieźli, gdyż zabrał ją jej brat i wywiózł wraz z dziećmi z Białegostoku. Był też pan Lewito dosyć otyły mężczyzna i ich syn Czesław lat 18-cie. Potem dowiedzieliśmy się, że zabrali też ich synową Marię, Stacha żonę. Jechaliśmy wspólnym transportem, ale potem spotkali się z Marysią i mieszkali razem. Rodzina Lewitów weszła do wagonu i zajęła wolne miejsce – wolne nary.

              Wagon nasz był prosty, bydlęcy, bez żadnych okien. Było ciemno, jedynie ta marna świeczka rozjaśniała co nieco te ciemności. Tak siedzimy przez cały dzień i następny do godziny 8-mej wieczorem. Dowiedzieliśmy się, że obok nas jest taki wagon niby prowiantowy, ale bez żadnego konkretnego jedzenia, a jedynie można tam kupić landryny, rosyjskie podłużne landryny. Kupowaliśmy te landryny i ssaliśmy i oprócz sucharów było to nasze „jedzenie”. O godzinie 8-mej wieczorem poczuliśmy, że nasz wagon drgnął. Z daleka usłyszeliśmy śpiewy coraz głośniejsze: „Serdeczna Matko”. Czujemy, że jedziemy, ale gdzie – nie wiemy. W wagonie były szczeliny, a więc zaczęliśmy podglądać i zobaczyliśmy dworzec kolejowy i most przechodzący. Domyśliliśmy się, że jedziemy w kierunku „cudownego kraju”. Pierwszym naszym przystankiem nad samym ranem był WOŁKOWYSK. Odjechaliśmy za miasto i transport stanął. Z daleka były oświetlone domy i ludzie tam zwykle mieszkali, żyli, a my jedziemy na „tułaczkę”. Była chyba gdzieś godz. 5-ta nad ranem jeszcze mroczno, ale jaśnie,j bo popadał mały śnieżek. Żołnierze otworzyli wagony i z każdych wagonów wysypywali się ludzie. Żołnierze krzyczeli „skoro oprawiajcie się”, a przecież nie było gdzie tylko pod wagonami. Niejeden transport już tu przejechał i można sobie wyobrazić, co działo się pod wagonami – kupa na kupie. Załatwiając się wlazłam z płaszczem w taką kupę. Było to dla mnie przykre i krępujące – nie było tego jak wymyć. Dostałam trochę wody i jakoś siako-tako z tym się uporałam. Można sobie wyobrazić, co miały matki mające małe dzieci, które co chwila chciały, a to kupę, a to siusiu. Mały Marianek w naszym wagonie załatwiał się w czapkę, a potem to się wyrzucało, ale skąd tych czapek tyle nabrać. Sceny działy się różne na co dzień, a to był przecież początek naszej podróży. Co będzie dalej każdy pytał i niepokoił się. Oczywiście były i sceny wesołe, bo przecież życie jest tylko życiem i nie można było tylko płakać. Od stacji Wołkowysk za kilka godzin dojechaliśmy do granicy polsko-radzieckiej na stację Mikuszowice – gdzie już były podstawione wagony przystosowane do szerszych torów. Wagony były podstawione równolegle do naszego transportu, potem przerzucali tylko pomosty z desek z wagonu do wagonu i tak wyglądała nasza „przeprowadzka” do „luksusowych wagonów” potężnego Kraju Rad. Tu miał się zacząć nowy etap naszej podróży. Wiedzieliśmy, gdzie już jedziemy, ale nie wiedzieliśmy, jak długo będzie trwała nasza podróż i jak daleko pojedziemy. Nikt chyba wtedy nie pomyślał, że los nas zaprowadzi do dalekiego Kazachstanu. Wagon, do którego weszliśmy, miał dwa okna z jednej strony i z drugiej, były to wąskie okienka z trzema małymi szybkami i były jeszcze dwa okna, które można było otwierać, ale były bez szyb z zasłonami drewnianymi. Była w tym wagonie już ubikacja – zwykła wycięta dziura w podłodze. Zasłonięta była z dwóch stron dyktą, a trzecią zasłoniliśmy kocem. Śmieliśmy się z tej komfortowej ubikacji, ale cieszyliśmy się, że była chociaż taka. Były tam jeszcze nary piętrowe, na których spaliśmy jak śledzie. Nary były umieszczone po dwóch stronach wagonu, środek był pusty. Na drugi dzień dostaliśmy dwa wiadra cynkowe na gorącą wodę tak zwany „kipiatok”. Na niektórych stacyjkach zatrzymywał się transport i wtedy żołnierze otwierali drzwi i chodzili po wodę nasi młodzi chłopcy. Przez całą podróż mieliśmy tylko dwa posiłki złożone z małej porcji kiełbasy albo z porcji śledzia. Jednego razu otrzymaliśmy porcję kaszy polaną przeraźliwie żółtym, obrzydliwym olejem. Pan Sadownikow miał ze sobą szynkę surową, wędzoną. Szynka była ogromna. Pana Sadownikowa obraliśmy Starostą Wagonu, bo taki był regulamin. Nasza pani Szubzda zagięła parol na pana Sadownikowa i jego smaczną szynkę. Była bardzo zazdrosna o to, aby nikogo nie poczęstował. Pan Sadownikow poczęstował mnie też nieraz tą szynką, ale potem pani Szubzda wzięła do swojej dyspozycji ten rarytas. Pan Sadownikow już się nie upominał o własną szynkę. Już wtedy w naszym wagonie można było poznać charaktery niektórych ludzi. Jechaliśmy i wciąż jechaliśmy przez Ukrainę, mijaliśmy Starobielsk (tę tragiczną miejscowość), Charków i pojechaliśmy na Kujbyszew nad Wołgą. Wolałam jechać w dzień było bardziej przyjemnie. Była to piękna wiosna, wszędzie zielono, ale my to widzieliśmy przez okna wagonów. Tylko od czasu do czasu na przystankach można było podziwiać piękno natury. Mijaliśmy wsie, miasteczka, łąki i pola. I tak dojechaliśmy do Kujbyszewa. Tam staliśmy cały dzień, noc i w dzień odjechaliśmy. Kujbyszew jest pięknie położony nad samą Wołgą, po której pływały statki i barki naładowane towarem.

Odjechaliśmy z Kujbyszewa. Alek ciągle pisze. Zajmował się kroniką. Opisywał wszystkie przystanki, stacyjki nawet najmniejsze postoje. On był naszym kronikarzem.( Nie wiadomo, gdzie zginęła ta kronika – niepowetowana strata. )  Często w czasie podróży graliśmy w karty, w tysiąca, w kierki i preferansa. Tak umilaliśmy sobie czas, byliśmy przecież tacy młodzi. Na niektórych stacjach podchodzili ludzie – Rosjanie i pytali, czy mamy na sprzedaż mydło. Mogliśmy nieraz kupić od miejscowych ludzi np jajka, masło albo wymienić na odzież te artykuły spożywcze. Były i momenty śmieszne. Janka mama – pani Krawczuk – zobaczyła robotników na przystanku. Zaczęliśmy z nimi rozmowę. Robotnicy uszczypliwie zaczęli przezywać nas „Kułaki jedut, burżuje – tam wam i nużno”. Jeden z nich był w kapeluszu. Na to pani Krawczuk odpowiada: „Wot kto burżuj – u nas nikto nie rabotajet w kapeluszu”. Dajcie tu tego burżuja rosyjskiego – zaczęli się śmiać jego koledzy. Niedługo dojechaliśmy do Uralu. Przepływała tam rzeka Ural i rzeka Biała. Była już wiosna w pełni. Patrzyłam na ten piękny krajobraz. Przypominał mi Polskę. Widziałam już brzozy zielone i wierzby płaczące nad rzeką z rozwiniętymi baźkami, te drzewa nastrajały melancholijnie. Pani Lewito stale wspominała swoją córkę Walę z dziećmi. Bardzo bała się o jej dalsze życie, bała się o to, aby jej nie wywieźli. Przed nami rozciągały się na horyzoncie góry. Wysokie, piękne góry. Był to Ural. Przejeżdżaliśmy przez tunele, przez góry, wąwozy, przełęcze i oglądaliśmy przecudowną roślinność, wspaniałe różne drzewa, lasy bogate w piękne drzewa jodłowe. Byłam tym oczarowana. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Jeszcze dziwiłam się, jak można było zbudować tak wysoko kolej. Były to różne serpentyny, bardzo groźnie wyglądające. Ludzie bali się spoglądać na ten widok. Młodzi byli bardziej odważni. Ostatnia stacja za Uralem to Czelabińsk. Tam staliśmy dwa dni i dowiedzieliśmy się, że to miasto dzieli Europę od Azji i jest pierwszym miastem Syberii Zachodniej. Dalej już coraz mniejsza była roślinność, zaczynały się stepy i piaski i niedaleko był już Kazachstan, który jest tak dużym obszarem, że można porównać do kilku państw europejskich. Tego nie da się opisać, tego ogromu terenu. Jechaliśmy kilka dni i nocy, nieraz staliśmy w stepach nocą i nie było żadnego ludzkiego osiedla. To było straszne.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam Mongołów na stepach i pierwsze jurty mongolskie, które są zbudowane z okrągłych szałasów pokrytych skórą, bez okien, przypominające małe namioty cyrkowe. Są jurty i bardzo ozdobne. Szałasy te są przenośne zlokalizowane w stepie blisko jakiegoś osiedla i wypasów – przeważnie pasą się tam owce i stado koni oraz wielbłądów. Wielbłądzi nawóz oraz krowi jest używany jako opał, bo lasów tam nigdzie nie ma. Po prostu nie ma. Step, step i tylko step. Ludzie nazywają się Kazachy, są to Mongołowie. Jest też szczep Kirgizów, ale oni mają inną republikę, stolicą jest Frunze i nie pozwalają się nazywać na siebie Kazach, tak jak Kazach nie chce aby go nazywać Kirgiz.

Jedziemy już 16-ty dzień. Późnym wieczorem przyjeżdżamy do miasta Omsk. Jest to stacja węzłowa, przez którą przechodzi magistrala łącząca aż Władywostok. W Omsku, tak jak i w innych miastach większych zaczynając od polskiej granicy – spotykaliśmy takie same transporty pełne jadących Polaków. Rozmawialiśmy z tymi ludźmi i krzyczeliśmy do siebie: „skąd jesteście?” odpowiadali najczęściej ze Lwowa, ale byli i z Pińska, z Tarnopola, i z Brześcia i z Grodna. Wszyscy jechaliśmy w podobnym kierunku – na Sybir. Wszystkie transporty spotkały się potem w mieście Pawłodar. Do tego miasta przyjechaliśmy późnym wieczorem. Powiedzieli nam, że jest to koniec podróży. Dowiedzieliśmy się, że dalej już pociągi nie kursują. Podjechaliśmy bardzo blisko do otoczonego drutami ogromnego placu. Na tym placu były małe namioty koloru białego – wyglądało to i mnie się kojarzyło z daleka z małymi łódkami żaglowymi. Kazali nam wysiąść z pociągu. Obok były dwie budowle – stary carski teatr albo cerkiew z ogromną kopułą, drugi mniejszy bez kopuły. Z pociągu zabieraliśmy swoje rzeczy i powiedzieli nam, że mamy pójść do tych budynków aby nie być pod gołym niebem. Ucieszyliśmy się z tego, bo było nawet chłodno, był mały przymrozek. Siedzieliśmy wszyscy stłoczeni na swoich tłumokach.

Dowiedzieliśmy się już tu na miejscu, że jutro rano będą podjeżdżały samochody ciężarowe i będą wywozić rodzinami po kilka rodzin do różnych miejsc. Do pracy. Do kopalni soli, złota miedzi, węgla i do różnej innej pracy do kołchozów. Staraliśmy się nie rozłączać z naszymi przyjaciółmi z naszego wagonu. Czuliśmy się jak jedna rodzina. Posiedzieliśmy trochę, zostawiliśmy starszych, a młodzi ciekawi byli co tam jest na tym placu, bo widzieliśmy mnóstwo ludzi chodzących. Wyszłam z tego pomieszczenia z panem Sadownikowem. Wieczór był bardzo piękny, mroźny, księżyc świecił w pełni. Było jasno od księżyca i od rozpalonych na placu dużych dwóch ognisk. Nad ogniskami były zawieszone ogromne kotły, w których gotowała się woda. Wszyscy byli spragnieni wypić coś gorącego, gdyż czekała nas mroźna, chłodna noc. Z panem Sadownikowem poszłam w kierunku palących się ognisk. Starszy pan trzymał mnie czule pod rękę. Przechodzące dwie panie zatrzymały się przed nami. Jedna z nich odezwała się patrząc na nas: „Zobacz, jak miło popatrzeć, że taka niedola, taka tragedia nas spotkała, a ludzie się jednak kochają”. Piękne to były słowa, a panie były bardzo kulturalne. Ja byłam ubrana w czapeczkę karakułową, szarą i gimnazjalnym granatowym palcie zimowym. Wiedziałam, że wyglądam, młodo i ładnie. Miałam przecież 16-cie lat. Pan Sadownikow był w pięknym futrze. Był to 40-letni pan. Bardzo kulturalny i mądry. Bardzo go lubiłam, był bardzo w stosunku do mnie opiekuńczy. Czułam się przecież taka zagubiona i nieszczęśliwa z uwagi na tą sytuację, jaka była. On mnie stale pocieszał w moich wielkich cierpieniach. Chodziliśmy razem po tym ogromnym placu. Było tu tysiące ludzi. Byli to oczywiście Polacy, których przygonił tu taki sam los jak i nas. Tam spotkaliśmy Janka, który był z wiadrami i przyszedł po gorącą wodę.

Przez całą noc prowadziliśmy różne rozmowy, bo oczywiście z wrażenia nikt nie mógł spać. Ranek zapowiadał się słoneczny i dosyć ciepły. Pan Sadownikow świetnie znał język rosyjski, był przecież Rosjaninem z pochodzenia. Był to człowiek bardzo przedsiębiorczy. Pierwszy dowiedział się, że kierowca, który do nas podjedzie zawiezie nas 7 kilometrów od miasta Pawłodar. Pan Sadownikow po prostu przekupił kierowcę – dał mu tytoń – chciał załatwić to, żebyśmy mogli wyjechać i być blisko miasta. Zabrał rodzinę Prystrom – czyli nas, rodzinę Lewito. Już mieliśmy odjeżdżać, ale zauważyliśmy, że biegnie Janek Krawczuk ze swoją rodziną i tłumokami. Podbiegł do samochodu, wsadził swoją mamę z małą Marysią do szoferki, a sam z braćmi wskoczył na górę. Po drodze zabraliśmy jeszcze rodzinę Wojciechowskich. Oczywiście Janek już wtedy garnął się do mojej rodziny i do mnie. O godzinie 9-tej rano przyjechaliśmy do kazachskiego kołchozu pod nazwą „14-ta Godowszczyzna Oktiabra”. Ludzie musieli nas przyjąć do swoich domów – do tego byli zobowiązani. Sam wjazd do kołchozu był jednocześnie zabawny i straszny – takie odniosłem wrażenie. Skojarzyłam to z wioską afrykańską i z Murzynami. Ludzie tamtejsi bili w bębny z garnków, krzyczeli i wiwatowali. Nie wiedzieliśmy, co to miało oznaczać. Czy to były kpiny czy prawdziwe powitanie. Okazało się potem, że tak nas witano przyjaźnie, że taki jest tam obyczaj.

Ja z rodziną zamieszkałam u takiej kobiety – kazaczki, której mąż siedział w więzieniu. Nie wiadomo za co go aresztowali. Człowiek ten był przewodniczącym kołchozu. Kobieta ta miała czworo dzieci. Córka uczyła się w 4-tej klasie w Pawłodzarze. Zobaczyłam ją potem. Była to kazachska piękność. Na imię miała Naryma. Pozostałe dzieci nie chodziły jeszcze do szkoły. Kobieta była bardzo dobra i czysta. Mieszkanie to znajdowało się w ziemiance. Takie tam są wszystkie domy, które robione są z darniny oklejane nawozem krowim z gliną, a potem jak to wyschło bieliło się ściany. W mieszkaniu było bardzo ubogo, ale czysto. Przy stole siedziało się po turecku, krzeseł nie było wcale. Zamiast łóżek były maty, na których spała cała rodzina. My urządziliśmy się podobnie. Spaliśmy też na matach. Po wejściu do tej ziemianki i mieszkania, które składało się z dużej kuchni i drugiego pomieszczenia, właścicielka powiedziała nam, że oddaje do naszej dyspozycji kuchnię, ale korzystać też z niej będzie. Interesowało mnie, co oni jedzą. W piecu wmurowany był garnek, w którym gotowało się potrawy, ale gospodyni prosiła, żeby nie gotować wieprzowego mięsa, bo ich religia na to nie pozwala. Oni brzydzą się takiego mięsa twierdząc, że takie mięso powoduje mdłości. Jadają tylko baraninę i koninę. Przez dwa tygodnie mieszkaliśmy w tej kazachskiej rodzinie. Potrawy gotowali specyficzne, odmienne niż jadają Rosjanie. Kazachy piekli placki takie przaśne, nie zakwaszone niczym. Nie kroili tych placków przy jedzeniu, a tylko łamali. Placki te były dosyć smaczne. Nam smakował bardzo „arian”. Było to mleko krowie. W czasie kiedy to mleko gotowało się, gospodyni wlewała do tego śmietanę, poprzednio jednak mleko trochę musiało ostygnąć. Miało potem smak jogurtu. Po raz również pierwszy popróbowałam „kumys”. Jest to kobyle mleko wlewane do ogromnego pojemnika ze skóry końskiej – oczywiście wysuszonej. Mleko to jest zakwaszone, stoi kilka dni aż nabierze mocy i aromatu alkoholowego. Smakuje to jak buza(?) tylko jest bardziej ostre. Mnie ten napój smakował. Poznałam jeszcze inną potrawę kazachską zwaną „Boursuk”. Jest to zwykłe ciasto zagniecione  mąki, pokrojone jakby nasze kopytka. Kluski te są wrzucane na gorący tłuszcz barani. Oczywiście wtedy bardzo mi to smakowało, bo był głód. Spróbowałam jeszcze kilka potraw kazachskich. Jedna z nich zwłaszcza utkwiła mi w pamięci. Potrawa ta – to rodzaj ciasteczek serowych, suszone były na dachu. Nie wiem co tam jeszcze gospodyni dodawała. Zostałam poczęstowana tym ich przysmakiem. Ciasteczka te bardzo śmierdziały, ale skusiłam się na jedno. Nie wiedziałam, co miałam zrobić z tym „przysmakiem” po włożeniu do ust. Oczy stanęły mi w słup. Przykro mi było wobec serdecznej gospodyni, ale przeżywałam katusze. Ciasteczka te śmierdziały jak kocie odchody. Wyplułam po kryjomu ten rarytas i mdliło mnie długo po tym. Oni tym się zajadali. Oprócz tego w tym domu jadało się wyłącznie baraninę i koninę. Obserwowałam ich tradycje religijne. Zbierało się kilka osób w mieszkaniu. Modlili się na głos z podobnego jak u nas różańca, tylko o wiele większe były paciorki. Przychodził mężczyzna taki niby ksiądz i rozpoczynał modlitwy. Ubrany był zwyczajnie, tylko na głowie miał kolorową czapeczkę. Zbierali się na modlitwy co tydzień. Dziewczyny młode nie uczestniczyły w tych obrzędach. Różnica w ubiorze jest odmienna. Kobiety – mężatki i starsze chodzą ubrane następująco: mają na głowie rodzaj welonu, a na środku jest mały otwór. Welon jest z płótna, zawsze czysty. Sukienki są różne, przeważnie proste, nie marszczone, a spod sukienki widać spodnie tak zwany „czamar”. Są to spodnie, przymarszczone z lekkiego materiału może być w desenie, przy kostce zwężone, albo na gumce. Nogawki nie mogą być szerokie. Kobiety chodzą zawsze w długich strojach.

Dziewczyny noszą spodnie, kamizelki, sukienki długie, półdługie, głowy są bez okrycia, albo w małej kolorowej czapeczce lub czarnej aksamitnej wyszytej koralikami. Małe dzieci ubierane są różnie, ale raczej kolorowo. Dziecięce głowy są krótko ostrzyżone. Kiedyś zdziwiona zapytałam, dlaczego dziewczynka ma pozostawiony pęk długich włosów nad uchem. Matka odpowiedziała mi: „że to lubimaja maja docz” – taki jest tam zwyczaj, tak wyróżniają ulubione dziecko.

Kołchoz ten był bardzo biedny, ludzie też bardzo biedni. Trudnili się pracą na roli i hodowlą kołchozowych (państwowych) koni, wielbłądów i owiec. Pomału poznawaliśmy życie rodzinne mongolskich rodzin i rosyjskich, bo też tam zamieszkiwali Rosjanie. Poznawaliśmy ich zwyczaje i obyczaje. W tym kołchozie nie byliśmy długo, był to początek naszego życia na obcej ziemi.

W lecie ludzie tamtejsi mieli trochę lżej, ale upały są bardzo dokuczliwe. Temperatura dochodzi do 35o. Jak wychodziłam poza dom na step to widziałam falujące powietrze przed sobą – dziwnie to wyglądało jak „Fatamorgana”. Klimat tam jest wybitnie lądowy, upalny. Latem temperatura przekracza 35o, a zimą dochodzi do -40o i ponad. Jest bardzo mroźnie i bywają bardzo często burze śnieżne, tam oni nazywają to „buran”. Zimą mężczyźni ubierają się w tak zwane „tułupy”, zwłaszcza kiedy dalej gdzieś się wybierają w drogę. Kazach na głowie nosi tak zwany „małachaj”, jest to czapka z lisa, która zachodzi na plecy pod kożuch, wtedy nie podwiewa i jest cieplej. Na nogach noszą tak zwane „piłmy” – są to buty ciepłe tłoczone na twardo z wojłoka. Jest to ciepłe bardzo obuwie na zimę, przy takich strasznych mrozach i śnieżnych zawiejach nikt w skórzanych butach nie wytrzymałby. Mieszkanie bardzo trudno opalić, gdyż nie ma tam lasów. Opalają krowim suszonym nawozem, samym albo łączonym ze słomą. Przygotowują się całe lato i zbierają te „kiziaki” czyli nawóz leżący na stepie. Tak przygotowuje się to na zimę zbierając całe lato. Zimą mimo opalania w domu jest bardzo zimno. Osłaniają okna z zewnątrz. W domu wyścielają matami podłogi. Pod maty podkładają siano albo słomę, bo jest bardziej miękko i cieplej. Przecież podłogi drewnianej nie ma, a tylko glina mieszana z nawozem krowim, bo nawóz przyczynia się do tego, że glina nie pęka. Tak smaruje się podłogi i domy. Taka wieś kazachska nazywa się „Auł”.

Nie pracowaliśmy i nie mieliśmy z czego żyć. Miejscowi ludzie byli bardzo biedni i nie mogliśmy na nikogo liczyć. Mieliśmy jeszcze trochę przywiezionego z Polski ubrania, bieliznę i innych różnych drobiazgów. Postanowiliśmy pewnego dnia udać się do miasta Pawłodar –  odległego od naszego kołchozu o jakieś 8 kilometrów. Podróż nasza była w celu handlowym. Chcieliśmy coś na rynku sprzedać – po prostu aby mieć co jeść. Był to miesiąc maj, ale było bardzo zimno. Wybraliśmy się lekko ubrani. Poszłam z Jankiem Krawczukiem – na pierwsze rozeznanie. Matka Janka prosiła, aby Janek kupił rybę. Na rynku zaszliśmy, aby wypić „czaj” i trochę poobserwować, jaki tu był handel. Ryby jednak nie kupiliśmy, bo nie było. Kupiliśmy trochę pieczywa. Były to twarde, ciemne bułki, ale smakowały, bo odczuwaliśmy zawsze głód. Nic więcej nie kupiliśmy i nic nie sprzedaliśmy. Wracając do kołchozu – zastała nas śnieżna burza, a przecież był to maj. Myślałam, że zamarznę. Janek okrywał mnie szmatą, którą mama mu dała na rybę, przydała się ta szmata bardzo. Myślałam, że nie dojdę do domu. Naprzeciw szła już Janka matka z ogromną chustą. Potem już chodziło nas po kilka osób, aby było raźniej i bezpieczniej. Czasem udało nam się coś wymienić na produkty żywnościowe.

Nasz pobyt w tym kołchozie nie trwał długo. Nie pozwoliło na to NKWD – chodziło o to, abyśmy się nie zżyli z ludźmi i nie zadomowili się. To była straszna polityka. Po trzech tygodniach pod wieczór, przyjechało kilka samochodów NKWD z żołnierzami i orzekli, że dajemy wam 20 min do spakowania się, bo wyjeżdżacie z tego kołchozu. Dokąd jeszcze nie wiemy, ale przedtem mamy się zameldować do Rejonu, ale gdzie też nie wiedzą ani oni, ani my. Oczywiście NKWD wiedziało. Pakujemy się i odjeżdżamy, jest szarówka. Droga, którą przejeżdżaliśmy, była to boczna droga porośnięta trawą, tylko wyjeżdżone były koleiny. Po pewnym czasie nadeszła piękna, jasna, księżycowa noc. Zachwycaliśmy się tą ciszą, pełnią księżyca i rzeką Irtyszem, przy  której ciągnęła się droga. Oczywiście nie wiedzieliśmy, jakie osiedla mijaliśmy i co to za rzeka. Pierwszy raz zatrzymaliśmy się w miejscowości Kaczyry, aby  odpocząć, mężczyźni spokojnie wypalić papierosa, wyprostować nogi i oczywiście załatwić się. Tutaj od miejscowych ludzi dowiedzieliśmy się, jaka to jest rzeka i ile kilometrów przejechaliśmy, a było to już 100 km od miasta Pawłodar. Wyszłam nad wysoki brzeg rzeki. Zaczęło świtać. Nad wodą obserwowałam palące się latarnie, które wskazywały gdzie jest płytko, a gdzie głęboko. Przecież to jest rzeka, przez którą pływają duże statki pasażerskie i towarowe. Stałam i długo przyglądałam się – słyszałam plusk wody i pianie kogutów. Było mi bardzo smutno, ale i różne refleksje nasuwały się, że może pojedziemy tam gdzie będzie lepiej i lżej żyć. Musiałam odejść, bo dali znak, że trzeba dalej jechać. Dowiedzieliśmy się w drodze, że jedziemy do Rejonu do miejscowości Żelezienka. W tej miejscowości było NKWD, Poczta, Szkoła, ale nad rzeką nie było przystani. Czasem jednak zatrzymywały się statki. Dojechaliśmy do tej w/w miejscowości. Siedzimy w samochodach, do których podeszli NKWD i dali nam taki dokument na każdy samochód i zarządzenie dla kierowcy dokąd mają nas zawieźć. Samochody się zakręciły i wracamy tą samą drogą. Jesteśmy już bardzo zmęczeni i ciągle poznajemy tą samą drogę, co jechaliśmy. Jesteśmy znowu w tej samej wsi Bobrowo, przez którą kilka godzin temu przejeżdżaliśmy. W tej wsi kazali nam wysiadać i zabierać swoje rzeczy – wyrzucili nas na ulicę tej wsi. Kiedy już wszyscy wysiedliśmy i samochody odjechały – stoimy i czekamy. Przyszło sporo ludzi miejscowych i zapraszali do swoich domów. Uprzednio widocznie dostali takie zarządzenie. Stoimy i czekamy. Podchodzi do naszej rodziny kobieta w wieku średnim. Odezwała się w te słowa: „Pażausta ka mnie – prychadzicie żyć. Ja pasmatrieła na dzieduszke, na dziewuszke, na parnia i babuszke – wy mnie ponrawiliś. Idziomcie wmieście”. Kobieta wzięła pakunek nasz i udaliśmy się za nią do domu. Była to Anna Pietrowna Rytozubowa. Kobieta cudowna, bardzo dobra. Weszliśmy do drewnianego domku. Schodki, były to dwa kloce drzewne. Weszliśmy do kuchni, a oprócz tego był mały pokoik. Anna chciała, abym ja z mamą spała w pokoju, a mój tatuś z bratem Alkiem będzie spał w kuchni. Anna przyniosła im łóżko. Było bardzo ciasno, ale kobieta nie dała po sobie poznać, że z tego tytułu jest jej przykro. Nie było mowy o żadnej zapłacie. Mówiła, że jej ojcowie znaleźli się kiedyś w podobnej sytuacji i ona nas dobrze rozumie. Tłumaczyła nam jeszcze, że nie będziemy przeszkadzać, bo całe lato oni spędzają w letnim domku po drugiej stronie Irtyszu. Potem byłam w tym domku, była to raczej ziemianka. Mąż Anny był „bakińszczykiem”, jest to taki człowiek, który jeździ na łodzi i zapala światło na rzece, aby statek nie wjechał na mieliznę. Zadomowiliśmy się u Anny i było nam tam dobrze. Była to inteligentna kobieta i bardzo mądra. Po kilku dniach pobytu zachorował mąż Anny i nie mógł pojechać do pracy. Alek z Jankiem uspakajali Annę, że pojadą i zastąpią jego przy pracy, zapalą światła na rzece. Nie była to jednak łatwa sprawa. Irtysz to przecież nie Wisła, to jest ogromna rzeka gdzie nie widać brzegu na wiosnę. W tym dniu była burza, wiatr był silny i potężne fale przelewały się. Byłam przestraszona, jak oni sobie poradzą z tym żywiołem. Alek świetnie żeglował, a Janek dobrze pływał, ale co to jest naprzeciw żywiołu. Obserwowałam, jak chłopcy płynęli i zauważyłam jak zapłonęło pierwsze światło. Byłam szczęśliwa – pobiegłam do Anny, aby ją o tym powiadomić. Byli bardzo wdzięczni za ten uczynek chłopcom.

Od tego czasu jeszcze bardziej zżyliśmy się ze sobą. Pewnego dnia Anna powiedziała nam, że ma przyjechać jej syn Mikołaj. Była z tego powodu bardzo szczęśliwa. No i nadszedł ten dzień. Wszedł do naszego domu piękny młody człowiek, oficer Armii Radzieckiej. Był ubrany w piękny mundur, spodnie koloru granatowego z lampasem i biały mundur ze złotymi epoletami. Przyjechał na urlop. Bardzo mi się podobał ten chłopak. Matka urządziła skromne przyjęcie, w którym i nasza rodzina uczestniczyła. Mikołaj był bardzo miły, sympatyczny, kochał bardzo matkę i czule się do niej zwracał, a matka wpatrzona była w niego jak w obraz. Zaprzyjaźniliśmy się ze sobą, on młody ja młoda. Opowiadał mi wiele o sobie, o swoim życiu w wojsku. Chodziliśmy na spacer nad rzekę Irtysz i prowadziliśmy ze sobą różne rozmowy. Niestety sielanka nie trwała długo. Pewnego dnia, a było to 22 czerwca 1941 nad ranem radio podało, że zaczęła się wojna z Niemcami – był już nawet bombardowany Kijów. Mikołaj natychmiast musiał wyjechać ku rozpaczy swojej matki. Wkrótce po miesiącu Anna dowiedziała się, że ukochany Kola zginął w pierwszych dniach wojny na Ukrainie. Przeżywaliśmy wspólnie rozpacz Anny po stracie Koli. Matka była szara jak ziemia, ale życie idzie dalej i nic człowiek na to nie może poradzić. Mieszkaliśmy u Anny 2 lata. Życie płynęło tu spokojnie. Zaczęłam ja i Alek pracować w kołchozie. Mama była w domu, a tatuś jeździł po wsiach na drobne handle. Wymieniał to, co tylko było można. Pracowaliśmy przy sianokosach, a Tadek Krawczuk był po prostu pastuchem. Krawczukowie mieszkali obok nas i na co dzień byliśmy razem w różnych chwilach życia. Poza pracą w kołchozie – łowiliśmy w rzece ryby, których było bardzo dużo i różnego rodzaju. Ratowało nas to bardzo, gdyż panował wielki głód. To było podstawą naszego życia. Ryby łowiliśmy różnym sposobem na tak zwaną „zakiduszkę”, na wędkę także. Inaczej nam nie można było łowić, gdyż naprzeciw, po drugiej stronie rzeki, była Spółdzielnia Rybacka, która tym się tylko trudniła i kontrolowali, aby nie łowić sieciami.

Praca nasza była dorywcza. Za pracę nikt nam nie płacił, a pracować musieliśmy. Przynajmniej dostaliśmy talerz byle jakiej zupy i kromkę byle jakiego chleba lub placki „lepioszki”. Wojna już trwała, a nam było coraz gorzej. Lato spędzaliśmy poza pracą często nad rzeką. Byliśmy młodzi i chcieliśmy mieć jakąkolwiek rozrywkę. W m-cu czerwcu i lipcu nad rzeką dojrzewały jeżyny, ale trzeba było przejechać na drugą stronę rzeki, bo po tej stronie żadnych krzewów nie było. Był pusty brzeg, bardzo wysoki. Nad brzegiem zawsze stały łódki. W okresie zbierania jagód Rosjanki zostawiały łodzie na brzegu z drugiej strony tam gdzie zbierały jagody. Natomiast te następne, które chciały przejechać krzyczały z drugiej strony brzegu: „Łodku, łodku dawaj”. Kobiety wracały i następne jechały, bo łodzi nie było zbyt wiele. W m-cu sierpniu nad brzegiem rzeki bywają tak duże komary, że nie można spacerować nad rzeką. Młodzi ludzie robią sobie kadzidła, a wygląda TO NASTĘPUJĄCO. Do puszki podziurawionej wkładają palący się mech albo trawę, a z puszki ulatnia się dym, który odstrasza komary. Wieczorami nad rzeką rozlegały się śpiewy, melancholijne piosenki i skoczne „czastuszki”. Młodzież prawie co wieczór zbierała się na tańce i pieśni. W lecie odbywało się to na wolnym powietrzu, a zimą w chatach. Rosjanie śpiewem i tańcem umilają sobie ciężkie Zycie. Gdzieś jesienią przenieśliśmy się do innego domku – ziemianki. Mamy już samodzielny domek. Było to bardzo małe pomieszczenie, ale byliśmy samodzielni. Domek należał do wdowy, która mieszkała oddzielnie, ale sień łączyła nasz domek. Była to kobieta dobra i nie wtrącała się do naszego życia. Po pewnym czasie nasza gospodyni zachorowała i umarła. Wkrótce wybuchł w naszym domku pożar i mało brakowało, abyśmy się nie spalili w tym domku. Wszystko przecież było takie prowizoryczne, było w tej budowie dużo chrustu. Domek jednak został uratowany. Nasz gospodarz przeniósł się do swoich kuzynów, a nam oddał ten niedopalony domek. W tym domku było okropnie zimno. Mróz okropny i mimo, że trochę opalaliśmy, ale nic to nie pomagało. Zimą spaliśmy wszyscy na jednych narach. Okrywaliśmy się, czym tylko było można. Noce były tragiczne. Mrozy dochodziły do 40o, spaliśmy w czapkach, bo było tak zimno. Dnie były trochę lżejsze. Staraliśmy się czymkolwiek opalać to pomieszczenie – nie było to jednak takie proste. Najgorsze były burze śnieżne. Tak zwana biała mgławica – buran – nikt nie wychylał się nawet na chwilę z domu, bo czekała takiego niechybna śmierć. Wspomnienia tam przeżytych zim są najgorsze. Głód, brak opału, wiadomości od bliskich, żadnej pracy nie było i siedzieliśmy, czekaliśmy na wiosnę. Z nastaniem wiosny więcej otrzymaliśmy listów z Polski. Listonosz przyjeżdżał do wsi furą końmi, albo zimą saniami, oczywiście wtedy, jak nie było dużego mrozu. Nie muszę tu wspominać, z jaką radością czytaliśmy każdy list. Było to wielkie szczęście zobaczyć pismo kogoś z rodziny.

Teraz wiosną wspominaliśmy jeszcze tą okrutną zimę, kiedy rzeka Irtysz jest cała zamarznięta, po której jeżdżą traktory, a lód jest gruby na kilka metrów. W końcu marca lód na rzece pomału zaczyna pękać, ale dzieje się to jeszcze pomału. W kwietniu następuje nieraz to nagle. Jest to zjawisko straszne. Potężne kry płyną po rzece z ogromnym hukiem. Pomału, pomału zaczyna step się ożywiać. Sucha trawa jeszcze sterczy, a między trawą już widać piękne kwiaty, przeważnie sasanki. Usłane jest to wszystko różowym kolorem, ale nie tylko, bo inne różne kolory też. Właśnie sasanki nie są tu liliowe, a jeżeli są to bardzo mało. Trawa stepowa wysoko rośnie, jest zielona, przy podmuchu wiatru srebrzy się – nazywają to „kawyl”. O tej trawie są różne ładne piosenki. Latem te trawy upał wypala i staje się pusty step. Biedne wielbłądy, konie i owce nie mają co wtedy jeść. Muszą wtedy ludzie przeganiać tę zwierzynę do innych kołchozów nawet o 40 kilometrów oddalonych. Najtrudniej ludziom żyć na stepach – tam jest strasznie – wiedzieli gdzie Polaków wywozić na mękę. Tylu tam zmarło Polaków i zostało pochowanych na stepach.

Zaczęło się nowe życie na wiosnę. Wodę bierzemy z rzeki Irtysz, bo studni w ogóle tam nie widziałam. Nie ma nawet tego zwyczaju – budowy studni.

Autorka wspomnień Lidia Krawczuk

siostra Leonarda Prystroma

Składam serdeczne podziękowania Pani Lidii Krawczuk za zgodę na publikację na naszej stronie internetowej swoich wspomnień z lat wywózki i pobytu na Syberii. Wspomnienia te znacznie wzbogacają naszą wiedzę o Patronie Szkoły i Jego Rodziny.

                                                                                        dyr. Anna Łupińska

Reklamy
 

Możliwość komentowania jest wyłączona.

 
%d blogerów lubi to: